poniedziałek, 25 sierpnia 2014

5000 km na wschód, 20 lat wstecz. Kirgistan

PKB per capita:
Katar: 98814$
Polska: 21214 $
Indonezja: 5214 $
Kirgistan: 2611 $

Bieda - na to byliśmy przygotowani. Spanie byle gdzie, jedzenie byle co. Gdy jednak na podróż w przestrzeni nałożyła się podróż w czasie - z zadowoleniem stwierdziłam, że dużo może mnie jeszcze zaskoczyć. Pomniki Lenina spotykane na wszystkich, większych placach w każdym mieście, papier toaletowy wydawany 'na porcje', generał Jaruzelski, będący postacią najbardziej kojarzoną z Polską: słowem - komuna, to to, co najbardziej uderza nas już pierwszego dnia pobytu.

Kirgistan to jeden z tych krajów, o których pewnie słyszeliśmy, ale prawdopodobnie mielibyśmy problem z poprawnym wskazaniem jego lokalizacji na mapie. Jest ściśnięty między Kazachstan od północy, Chiny od wschodu, Tadżykistan od południa i Uzbekistan z zachodu. Samodzielnie funkcjonuje od 1991 roku, lecz wciąż duży procent Rosjan wśród obywateli, a także wcześniejsze długie lata spędzone pod radziecką okupacją sprawiają, że w Kirgizach zacietrzewiona jest ruska mentalność.

Pomnik i Muzeum Lenina w Biszkeku.

Biszkek - stolica. Przeglądam zdjęcia, może podpowiedzą, co mogłabym o Biszkeku napisać. Niestety, jedyne zdjęcie, które stamtąd przywożę to zdjęcie Lenina, te powyżej. Dlaczego tylko jedno? Bo to tak paskudne miasto, że nie chce się aparatu wyciągać. A może jesteśmy już znużonymi turystami-ignorantami? Być może. Miasto, do którego zjeżdżam na sam koniec, nudzi mnie. Cóż dziwnego, gdy przez ostatnie 2 tygodnie rozpieszczała mnie natura.

Kirgistan - esencja

Kirgistan to kraj otwarty na turystów. Nie wymaga wizy, a w każdym większym mieście (Bishkek, Osh, Karakol, Naryn, Jala Abad) znajduje się informacja turystyczna: CBT - Community Based Turism, gdzie mówią po angielsku. W zasadzie to po angielsku mówią tylko tam. Za to z każdym dogadasz się po rosyjsku. Po paru dniach przyswajania cyrylicy i kontaktu z mieszkańcami po rusku zaczynamy mówić i my:
-Szto eta? Czai?
-Niet. Wino.
Dworzec w Karakol, 7 rano. Wchodzę do budy dworcowej, na ladzie bułki, obok termos. No jak termos, to i herbata! Niekoniecznie. W drugiej budzie -  to samo. I w trzeciej, i w czwartej..

Krajobraz to stepy. i góry. A raczej GÓÓÓRY. Znajdzie się coś, jasne, dla ostrożnych, wybierających spokojne spacery 'po dolinkach'. Jednak przede wszystkim to raj dla alpinistów. Oferta zaczyna się od 4-tysięczników, kończy - na 7134m - szczytem, nie przez przypadek nazwanym - Peakiem Lenina.

Wyprawa w góry, na którą się decydujemy, to trasa "z tych łatwiejszych 4-tysięczników". Przewiduje 3 dni w drodze, w tym 2 noclegi pod namiotem. Przewodnik Lonely Planet (jedyny opisujący tę część Azji Centralnej) mówi, że po 8 godzinach drogi dojdziemy do pierwszego camp'u. Pod koniec pierwszego dnia marszu, w oczekiwanie na znak campu na horyzoncie, kieruję myśli ku grillowanej kiełbasce, żurku, choćby ciepłej herbacie! Taka standardowa oferta każdego polskiego schroniska górskiego.
Fatamorgana. Camp to nie Murowaniec, Karakol to nie Tatry, a Kirgistan to nie Polska! Zapominam o przyjemnych luksusach, zapominam o kiełbasce, a dochodząc do campu cieszę się, że znajdujemy kawałek płaskiego podłoża do rozłożenia namiotu, cieszę się, że jest strumień skąd uzupełniamy zapasy wody, a na głodnego nawet lepioszka z krakowską suchą zapijana wodą ze strumyka nie smakuje tak źle.
Artystyczna lepioszka.

Na głodnego lepioszka z krakowską nie smakuje tak źle
3-dniowy prowiant

Pierwszy dzień - to długi, wysokościowy spacer doliną Kościeliską, 3000 m n.p.m. Drugiego dnia żarty się kończą. Poziomice, gęsto nakreślone na mapie, do tego duża różnica wzniesień gwarantują dużo wrażeń, których, jako panikara z silnym lękiem wysokości, chciałam uniknąć. Ktoś zapyta: co Ci odwaliło, żeby z lękiem wysokości włazić na 4000m ?!
A. Bo Janek powiedział: to najbardziej popularny szlak w Kirgistanie. Ludzie tam włażą w klapkach. Nie ma się czego bać.
B. Ufając mu bezgranicznie stwierdziłam, że skoro tak mówi to wie co mówi. Po co mam to jeszcze sprawdzać?
C. Bo działam w myśl: Boisz się? To właśnie to zrób.
W taki sposób drugiego dnia znaleźliśmy się na 3700m podążając w kierunku zagęszczających się poziomic na mapie.
Cel osiągnięty. Jezioro Ala-kol zdobyte. Ogromne, szerokie na 700m, długie na ponad 2000! Przez blisko 7 miesięcy w roku - zamarznięte.


Camp nad Ala-kol

Z jeziora Ala-kol jest jeszcze 1,5 dnia drogi do najbliższej miejscowości. Można wrócić tą samą trasą, a można iść dalej, mijając całe jezioro i wspinając się przez przełęcz - tak też przewidywał nasz plan. Szybko okazało się jednak, że w tej części trasy ścieżka zaciera się, jest niewidoczna. "Be aware that in this area trail is indistinct" mówi przewodnik. I ma rację. Nawet nie wiedząc kiedy tracimy jej ślad. Urwiska - jak na zdjęciach. Duże kamienie zamieniające się w drobne, uciekające spod nóg. Dla mnie dość, panika, ryk, plackiem przyklejona do skał żądam helikoptera. W końcu jakoś za namową Janka zjeżdżam na sam dół - na dupie. Noc spędzamy w tym samym obozie co wcześniej. Ulga, spokój, grunt pod nogami. I przysięgam sobie, że żadna Orla, żadne Rysy, żadne przepaście, już tylko dolinki, Beskidy i Bieszczady.

Trasa na Ala-kol to jednak nie tylko jezioro, lodowce, i wspinaczka. To również malownicza trasa doliną, stawiająca wyzwania na swoją miarę:




Naryn - kierunek południe - już wkrótce.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz